Strona główna » #12 Wakacje nad Bałtykiem i inflacja

#12 Wakacje nad Bałtykiem i inflacja

Wróciłem właśnie z wakacji nad Bałtykiem zatem – jak się pewnie domyślacie – jem teraz pasztet za 2 złote na śniadanie, obiad i kolację. Ale mam za to kilka refleksji, którymi chciałem się przy tej okazji podzielić.

Otóż mamy inflację. NBP mówi, że to inflacja przejściowa, że wynika ona z wyższych cen paliw i wywozu śmieci. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć. Właśnie obserwując to, co dzieje się nad Bałtykiem, postrzegam ten problem jako znacznie głębszy. 

Po pierwsze: koszt surowców

Zacznijmy od tego, że obiektywnie ceny rosną, bo rosną ceny. Tzn. jak masz budkę z goframi to te surowce do produkcji gofrów są droższe i musisz podnieść ceny. 

Po drugie: oczekiwania finansowe pracowników 

Mówi się, że inflacja powoduje, że rosną wynagrodzenia. Zapewne dotyczy to jakiejś części ludzi. Dużej części nie – zwłaszcza w rzeczywistości postpandemicznej. Ale akurat w przypadku pracowników sezonowych, których chcesz postawić w budce z goframi to myślę, że jak najbardziej. Mają swoje oczekiwania finansowe i jeśli ich nie spełnisz, to sam będziesz sprzedawał gofry.

Po trzecie: podnoszą ceny bo mogą

Raz, że ludzie po tych wszystkich lockdownach po prostu chcą wyjechać, chcą leżeć na plaży, żłopać piwsko, obżerać się goferami i rybą, i żodne ceny ich nie odstraszą. Druga kwestia to rozdawnictwo: 500+, bony turystyczne… mimo wszystko dzięki temu rozbuchanemu socjalowi wielu ludzi może sobie pozwolić na to, żeby się tak nie szczypać z kasą. Nie mówię o patusach, bo oni i tak to przepiją. Mówię o takich w miarę normalnych rodzinach. 

I to, że się nie szczypią z kasą, to jest tak delikatnie powiedziane. Ja wręcz odniosłem wrażenie, że to presja, żeby się tych pieniędzy pozbyć. Widziałem najmodniejszą restaurację w mieście, gdzie ludzie stali w długiej kolejce na ulicy, średnio pewnie około godziny. Ci, którzy już weszli, jedli w ogródku posiłek, za który zapłacili krocie, a metr od nich, za płotem, stała kilkudziesięciosobowa kolejka. Trudno sobie wyobrazić większy absurd i większy dyskomfort spożywania posiłku. 

Pominę litościwym milczeniem oszukiwanie na każdym kroku. Serio. O ile do tej pory olewałem paragony, bo są dla mnie tylko dowodem rzeczowym w sprawie kradzieży dokonywanych przez kapitana państwo na obywatelach, o tyle teraz wydaje mi się, że trzeba się cholernie pilnować i za każdym razem sprawdzać, czy nabita cena jest taka sama z ceną, jaką widzimy przy towarze.

Jedna typiara sprzedająca krówki była na tyle bezczelna, że twierdziła, że 59 zł za kilo krówek to to samo co 69 zł za kilo krówek. Na końcu tylko wzruszyła ramionami, no bo w końcu co ją to obchodzi. Ona tam tylko sprzedaje. Za dwa miechy wróci na studia. 

(…)

Całość w podcaście

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *