Strona główna » S02E04 Horror wizyty w sądzie

S02E04 Horror wizyty w sądzie

Drodzy państwo. Zapraszam na najnowszy odcinek audycji Ponure Żarty, zatytułowany Horror wizyty w sądzie, którym podzielę się z wami moją refleksją – po raz kolejny – na temat urzędów państwowych. Serdecznie zapraszam do wysłuchania audycji.

Życie zmusiło mnie do wizyty w sądzie. Nie będę mówił w jakiej sprawie, ale wiedzcie, że nie mam nic na sumieniu. Taka dość standardowa, życiowa sprawa. No i po pierwsze: nie udało mi się sprawy załatwić. Łaziłem tam jak Asterix i Obelix w 12 pracach Asterixa, brałem jakieś numerki, tu, pokój 20, potem pokój 4, kasa i tak dalej… W biurze podawczym wysłali mnie do Biura Obsługi Interesanta, abym przed złożeniem papierów upewnił się, że wszystko jest jak należy. W Biurze Obsługi Interesanta siedzi facet, który na wejściu informuje mnie, że z uwagi na RODO, on nie może sprawdzić tych moich kwitów… Nie może ich wziąć i przejrzeć. On tylko mi może powiedzieć, co ja powinienem mieć.

Czyste szaleństwo

Oczywiście źle to sobie przygotowałem, ale facet z Biura Obsługi Interesanta nie mógł nawet mi tego powiedzieć, ponieważ z uwagi na RODO nie mógł obejrzeć tego, co tam sobie przygotowałem. I na to idą moje podatki? Na to, żeby gościu z Biura Obsługi Interesanta nie mógł mi powiedzieć, czy mam dobrze przygotowane papiery czy nie?

Dobra… idę dalej, biuro podawcze. Wszyscy oczywiście trzymają się z dala od moich RODO-papierów, jakby były zadżumione hifem czy innym kowidłem. No, ale w końcu wychodzi, że źle… bo składam dwa wnioski, dotyczące dwójki dzieci, na dwóch osobnych wnioskach, wobec czego potrzebuję dwóch kompletów papierów, z czego niektóre mogą być kopią, a inne oryginałem. A tak naprawdę może to być na jednym wniosku i wtedy będę potrzebował jednego kompletu papierów i wszystko będzie git.

I jeszcze baba mówi, że będę musiał zapłacić dwie opłaty. No to ja mówię, że już zapłaciłem dwie opłaty. No bo taka jest logika, że przychodzi się do biura podawczego z opłaconą opłatą. No i babka do mnie – a gdy miał pan pięcioro dzieci, to zapłaciłby pan pięć razy?

Niestety, dobre riposty przychodzą po czasie… ale ciekaw jestem, co by mi powiedziała, gdybym powiedział, a co gdybym miał setkę dzieci? W każdym razie nie jej zasrany interes. Zapłaciłem za dwójkę i po co dalej w to brnąć? Clue sytuacji to jest to, że w całym tym aparacie nie udało mi się załatwić sprawy ponieważ informacja o tym, że można załatwić dwójkę dzieci w ramach jednej sprawy nie była jakoś przesadnie wyeksponowana…

Dobrze skonstruowany formularz zastąpiłby 5 osób

Ogólnie rzecz biorąc mam wrażenie, że dobrze skonstruowany formularz na stronie internetowej załatwiłby tę sprawę o niebo lepiej i byłby znacznie tańszy niż 3 osoby, które mnie obsługiwały + dwie panie, które stały przy wejściu jako… nie wiem, ochrona? Nie… przepraszam. To w ogóle policjantki były

W tym konkretnym dniu, o tej konkretnej godzinie, to ja płaciłem, z moich podatków, pensję dla tych 5 osób, które w niczym mi nie pomogły. I w normalnym świecie chciałbym zażądać zwrotu pieniędzy. Uważam, że to jest niegospodarność, złe zarządzanie i wyrzucanie w błoto pieniędzy, które są mi zabierane praktycznie przemocą, bo ja nie mogę ich nie płacić… po prostu nie ma takiej funkcji w systemie, że ja rezygnuję z tego wszystkiego. 

Podatki to kradzież?

Tak że jak ja mówię, że podatki to kradzież, a ktoś mówi mi – kradzież? No to jak wyobrażasz sobie funkcjonowanie państwa bez podatków? No to wiedz, że funkcjonowanie państwa z naszych podatków wygląda WŁAŚNIE TAK. Nasze podatki idą na utrzymanie legionów urzędników, którzy posiadają totalnie randomowy wskaźnik kompetencji. Ich dzień wygląda tak, że przychodzą, piją kawusię za twoje pieniądze, a potem przez osiem godzin, z zegarkiem w ręce, robią sprawy. 

I tutaj nie ma za bardzo wynikać w to, jakiej natury to są sprawy, bo człowiek może tego pożałować. Przeważnie to jest na przykład mówienie ludziom, że nie on nie może sprawdzić czy wnioski są poprawnie wypełnione, bo RODO, albo na przykład mówi, że mogli złożyć jeden wniosek zamiast dwóch, bo niepotrzebnie wnieśli dwie opłaty, i co by było, gdyby mieli pięcioro dzieci. 

Normalny, ciężki dzień pracy… Potem ok. 15:00 – raczej przed niż po – urzędnik idzie do domu, gdzie siedzi sobie przed telewizorem i myśli jaki jest fajny, bo pełni ważną funkcję w aparacie państwowym. 

Dzień wolności podatkowej w polsce przypadł w tym roku na 22 czerwca. To znaczy, że prawie połowa pieniędzy idzie właśnie na tych ludzi. To ja już naprawdę wolałbym zachować te pieniądze, a teraz zapłacić nie 200 rubli kaczystowskich, ale 2000, żeby obsłużyła mnie firma, która specjalizuje się w rozwiązywaniu takich problemów, jaki ja mam teraz. Serio… mówiłem, że nigdy nie miałem żadnej styczności z wymiarem sprawiedliwości. Gdybym przez te 40 lat nie składał się na urzędników z okienka, to teraz lekką ręką zapłaciłbym te 2000 kaczystowskich rubli za święty spokój. A nie tułał bym się po kolejnych pokojach sądu, nie frustrował bym się, nie wkurzał i tak dalej, i tak dalej…

Urzędnik po angielsku

Swoją drogą, jak szukałem grafik do okładki dla tego podcastu… a szuka się po angielsku, no to sprawdzałem jak po angielsku jest urząd i urzędnik. I wiecie co? Nie za bardzo istnieją takie odpowiedniki w języku angielskim, które w wystarczającym stopniu oddawałoby to, czym jest w Polsce urząd czy urzędnik… 

Bo według translatora urząd to office, czyli biuro. Nigdy nie nazwałbym urzędu biurem. Do biura przychodzi się i się coś załatwia, jest się obsługiwanym. A do urzędu… nie ważne w jakiej sprawie… przychodzisz jako petent intruz, który zakłóca sekretne życie urzędników

Do tego, co robią urzędnicy, nieco lepiej pasuje taki trochę przydługawy opis: tolerowanie tego, że zawracasz im dupę pierdołami, będąc jednocześnie niekompetentny, niedoinformowany i w rezultacie nieprzygotowany.

Z kolei urzędnik to po angielsku według translatora official lub clerk. Więc wiecie… znów dysonans, bo official nie za bardzo pasuje mi do pani z okienka. Z kolei clerk to niby ekspedient, ale też pracownik biurowy, kancelista… moje pierwsze skojarzenie to film Clerks, czyli sprzedawcy. Czyli też ktoś, kto cię obsługuje, dostarcza ci jakąś usługę, jakąś wartość. A urzędnicy nie obsługują… do tego, co robią urzędnicy, nieco lepiej pasuje taki trochę przydługawy opis: tolerowanie tego, że zawracasz im dupę pierdołami, będąc jednocześnie niekompetentny, niedoinformowany i w rezultacie nieprzygotowany. Urzędnik to bardziej kto znosi petentów. Czyli bardziej taki patient… osoba cierpliwa… Przynajmniej w ich oczach… 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *